Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fiutem pisane | kartoteka | kury | magiel
RSS
poniedziałek, 02 marca 2009
Miia pracuje nad wystawą...
poniedziałek, 09 lutego 2009
Gdzie Ci mężczyźni.....
 Załóżmy, że  kobieta w wieku rębnym, wykształcona i jeszcze nie pomarszczona, po 30-tce, samodzielna i wydepilowana, acz samotna, postanowiła, że resztę swych dni nie zamierza spędzić w dziwnym kapeluszu z piórem, otoczona  kotami, mamrocząc do siebie mantry  o  trwonieniu swego erotyzmu w garnku z ekologiczną fasolą.  Kobieta owa, ostatnim rzutem na taśmę błyska okiem w pracy, zarzuca lokiem i biodrem czym wabi kandydatów na ewentualnych kochanków.
I proszę , oto jej urobek z ostatnich tygodni. ( drogie koleżanki, pomóżcie wybrać!!)

Numer 1
Nauczyciel matematyki w liceum dla lekko popieprzonych nastolatków z problemami, kolczykami i jointem w kieszeni bojówek. Niepalący , niepijący- grzeczny, ale freak.  Buddysta. Powściągliwy, lecz z dowcipem  z lekka absurdalnym, sytuacyjnym.  W kawiarni płaci tylko za siebie, samochód posiada i nim podwozi.  Uprzejmy. Przystojny brunet, okularnik.   Noszący się sportowo. Umie słuchać, mówi powoli. Lat - 42.

Numer 2
Montażysta filmowy. Podróżnik. Rok pracuje, by potem rok cały fruwać po świecie. Urocza gaduła,  cytatów z literatury i pieśni tłumaczyć nie trzeba, masa wdzięku w koktajlu z kurtuazją, wspaniały kompan spacerowo - balangowy, nie pali, lecz pije. Przeklina sytuacyjnie, z seksapilem. Lekka nuta gawędziarstwa erotycznego, lecz mało inwazyjna. Samochodu nie ma - sprzedał w Wenezueli. Wysoki, piękny, łysy. Radosny. Kocha jazz. Lat - ok 50 ( nie przyznaje się)

Numer 3
Grafik zajmujący się leyoutem do gazet. Zna  8 języków, erudyta. Szarmancki,  w starym stylu. Lekko przepraszający, że żyje. Brzydal, ale wysoki, z wielkimi barami, styl miejski nonszalancki - zamsz i czarne okulary. Wrażliwy, mowiący wolno i cicho - trzeba nasłuchiwać. W knajpach płaci, układa scenariusze spotkań w sposób  interesujący. Wielbiciel sztuki. Lat - 38.

Jacy  mogą być w łóżku? Z każdym na pewno jest coś "nie tak". Każdy z nich ma jakiś defekt, który odrzuca. Czekam na  intuicyjne odpowiedzi żeńskiej części, choć męską nie wzgardzę.
Zaznaczam, że jeszcze nie wiem!!!

piątek, 30 stycznia 2009
Wolność finansowa
Tę notkę dedykuję defendo. Już dawno miałam zamiar zmierzyć sie z jej "buniowatym" tematem, ale widocznie musiałam dojrzeć. Tak, jestem BUNIEM. Pierdołą, sirotą i ofiarą losu, której życie ściele niespodziewane kwiecie fiołkowe pod nogami, o które się sama potyka.
W życiu spotykamy na swej drodze rozmaite stowarzyszenia - stowarzyszenia ginących skarpetek, stowarzyszenia nałogowców, klub kretyńskich dowcipasów, głupawek, toksycznych rodziców, oziębłego rodzeństwa, durnych kochanków, analogowych płyt i tak dalej i tak dalej...
Więzi , którymi splatamy się z innymi, odgałęzienia, które sobie wędrują w poszukiwaniu wspólnot.
Znawcy tematu Stowarzyszenia Ginących Skarpetek wiedzą doskonale, że pralki pożerają skarpety celem przeniesienia ich w inny wymiar, niedostępny nam - ziemianom. Pozbawione pary skarpety poszukują swej drugiej połowy na swej bawełnianej planecie, po TAMTEJ STRONIE BĘBNA. Nieszczęsne, nie wiedzą, że ta druga może być w paski, lub gładka, aby nogom ziąb nie skwierczał. Tej prostej mądrości życiowej nauczył mnie pewien znajomy Bunio, noszący się asymetrycznie.
Ale ad rem - opowiem buniową historię własnego autorstwa. Jedna z wielu buniowych anegdot, składających się na mą pierdoło- autobiografię.
Legenda powiada, że jeśli w noc sylwestrową do tyłka przyklei się banknoty i wkroczy się z nimi w nowy rok, czeka nas tylko usłana banknotami w pomnożeniu świetlana, bezproblemowa finansowo przyszłość. Jest to ponoć wróżba o genealogii żydowskiej, o której mi w dobroduszności swej raczyła opowiedzieć zaprzyjaźniona Pierdoła. Takoż i uczyniwszy, nie przewidziałam, w buniowatości swej, że wróżby nie są zaprzyjaźnione z czystą, za przeproszeniem, fizjologią. Finał, jakże smętny miał miejsce zatem w toalecie, gdzie dwie stówki urwały się ze smyczy mych ( nie myślcie sobie!!) jędrnych jeszcze pośladków i udały się w metafizyczną podróż kanalizacyjną.
W nowy rok wstąpiłam z wolną dupą. Wolną o dwie stówy.

Z pozdrowieniami dla innych, pokrewnych mi BUNIÓW.

sobota, 24 stycznia 2009
Imię Róży contra Stalowa Magnolia




Obecnie  panuje epidemia grypy i dyskusji o grafomanii, w szerokim świecie blogowym. Rzecz dotyczy głównie kwiecia, tęcz i motylizmów (by/defendo) . Dwie damy napieprzają się, w skrócie rzecz ujmując, falbankami, pudrem, parasolką i gęsim puchem. Aż cztery blogi o tym piszą, to w cholerę, też sobie maznę, bo mnie to rozśmiesza po kokardki.
W duchu mam nadzieję, że z własnych "motylizmów" obie panie,  a nie tylko one, ale i  gawiedź zebrana wokół, potrafi się uśmiać jak przysłowiowa pszczoła. Czego im z całego serca swego  cynicznego życzę. Bowiem, jak mawiał poeta  - " i ta pani ma rację - i ta pani ma rację". A moja racja jest NAJMOJSZA.

A oto przebogata bibliografia:





piątek, 19 grudnia 2008
Romanticzne kwiati dwa
Romantyzm jako forma zachowań, polegająca na wzruszaniu się słońca zachodami, a jeszcze nie daj Bóg - gadaniu o tym, zawsze mnie jakoś instynktownie, podskórnie mierził. I nie dlatego, że się wzruszać nie umiem, bo na filmach nawet beczę i to przy kiczu przeokrutnym. Jednak wszelkie formy werbalnego miziania, nic nie znaczące słowa - wytrychy, mające uczynić atmosferę doniosłą, spływają po mnie jak woda po kaczej dupie i budzą jakiegoś czorta przekory.
Pamiętam, jak kiedyś z narzeczonym jeszcze, a później mężem ( o niebiosa, czemuście wówczas nie rozpętały huraganu) poszliśmy na ROMANTYCZNY spacer po helskim molo. Miły mój zapytał mnie, przerywając milczenie i łamiąc niemiłym zgrzytem dźwięk szumu fal : "Kochanie, o czym myślisz?"
Rzekłam wówczas patrząc mu głęboko w ślipia: " Najdroższy, myślę o tym tatarze z łososia, który zostawiliśmy w lodówce"



Parę lat później, przy kolacji typu "świece, wino, muzyka-pościelówa w tle", zapytałam kandydata na kochanka o jego seksualne fantazje. I dzięki o Panie, nie było nic o bitych śmietanach, truskawkach, szampanach, koronkach, olejkach, kadzidłach, falach morskich, leśnych łąkach. Ów pan wyznał mi : "czasem mam takie marzenie, zupełnie absurdalne, aby przelecieć moją 60-letnią ciotkę".
Po tym wyznaniu nie było szans na konsumpcję, jednak ślad, jaki pozostał po tej rozmowie zawsze wywołuje u mnie ten diaboliczny uśmieszek, o ileż cenniejszy niż hipotetyczne tarzanie się w pościeli z całym tym bagażem.... romanticzności.
czwartek, 18 grudnia 2008
Fetor krwi wspólnej
Jest taka pokrewność, fetor wspólnej krwi . Dla tych pokrewności, dla wspólnot w zasraństwie życia, dla identycznie z naturalnym odczuwanej nędzy - czytam, słucham, patrzę. I nie dlatego wcale, że tak na tacy, bezbronna się podaję w tej transfuzji. Za dobrze znam się na kłamstwie,aby nie rozpoznawać.
A jeśli moja prawda, to w tym właśnie, w Wojaczku Mojej Kobiecości, w jego flakach, w jego spermie, w jego wojaczkowej macicy, w jego obolałych od trawienia bytu lędźwiach:


Strona główna

Życiorys
Migawki
Wiersze
Księga gości



BALLADA BEZBOŻNA

Gdzie mojej ręki lewej z niebem igra samiec

Tam stado dojnych gwiazd i moja śmierć się pasie

Gdzie mojej ręki prawej ogródek się szerzy

Tam żonę martwą zakopują w ziemi

Gdzie moich jąder krąży podwójna planeta

Tam wieszają człowieka za to że poeta

Gdzie nasienie pośpiesznie porzucone gnije

Tam kobietę do spazmu pobudzają kijem

Gdzie mojego mózgowia cieknie wrąca struga

Tam pijak pijąc wie już co jest dobra wódka

Gdzie moja stopa lewa bieg planet popędza

Tam nie ma Boga tylko jego impotencja

Gdzie moja stopa prawa bieg planet wstrzymuje

Też nie ma Boga tylko nieskończony smutek

Gdzie moja męskość głową fioletową straszy

Poślubiona dziewica regularnie krwawi

Gdzie patrzę lewym okiem tam widzę: jest Polska

Biskup na świni tyłem wjeżdża do kościoła

Gdzie patrzę prawym okiem moje życie marne

Jak zwykle z przyjściem zmroku idzie pod latarnię

A na to ja, jako kameralne stworzenie złożone z samych tylko fragmentów i kadrów, na to ja, moją syntezą:

                                            I tylko wywróciłam                          
                                            Bielą błekitną w niebo białka
                                            Płuc łoskot
                                            Spienioną rozpacz wydał
                                            Na świat
                                            Kiedy widłami
                                            Prosto od słów gnoju
                                            Przebileś mi jednym pchnięciem
                                            Duszyczkę z efemerydy


wtorek, 16 grudnia 2008
Głos kobiecy

Inny grymas, nie takie jak tamto chwytanie powietrza. Inne wygięcie szyi , wypukłość obojczyka nieznana moim palcom. Rytm bioder nie mój. Nowa wojna, na którą wyruszam z całym orężem przyzwyczajenia.

 

Bądź mi od stóp do głowy, od pięty do ucha

Od kolan do pachwiny, od łokcia do paznokci

Pod pachą, pod językiem, od łechtaczki do rzęs

 

 Ze zmatrycowaną reakcją na ból, na uchylenie okna, na pytanie, czy mi wygodnie. Na te wszystkie pytania, obcykane jak maturalne bryki.  

 

Bądź biegunem mojego pomylonego serca

Rakiem, który mózg jedząc pozwoli  poczuć mózg

Bądź wodą tlenu dla spalonych płuc

 

Zblazowane wyczekiwanie na pierwszą kraksę, która przekreśla wszystko, bo tak łatwo mi już skreślać. Ortograficzne byki w łóżku, błędy formalne w kuchni, z logiki dwója, merytoryczne ściągi.

 

Bądź mi stanikiem, majtkami, podwiązką

Bądź kołyską dla ciała, niańką co kołysze

Jedz mi brud zza paznokci, pij miesięczna krew

 

 Potem już tylko ziewanie, zamknięcie za Nim drzwi i wpakowanie się pod koc celem oglądania „Kryminalnych zagadek CSI” . I czy to On tak bardzo jest nudny, czy ja taka już kurzem pokryta – ot i dylemat.

 

Bądź żądzą i  spełnieniem, rozkoszą, znowu głodem

 

Bądź- i nie pytaj, jak Ci się wypłacę

A wtedy darmo weźmiesz najpiękniejszą zdradę:

Miłość, która obudzi śpiącą w Tobie śmierć

 

Na kolanach szorując podłogę myślę o swojej atawistycznej pozycji – dostępnej jaskiniowcom. A gdyby mnie tak wykoleić, wytrącić z szyn, na plecy? Czy nie będę chciała wrócić znowu, na kolana? Martwi mnie to osadzenie się w gorzkiej nieufności, sprawiające, że do mężczyzny potrafię się odwrócić już tylko dupą.

Gdybym miała napisać instrukcję obsługi do bliskości ze mną, zawarłabym ją w dwóch słowach : IDŻ PROSTO.

 

 

(W notkę wplecione zostały fragmenty mojego ulubionego wiersza Wojaczka. Rafała Wojaczka)

 

Sprawa podniebienia - czyli notka dla zakompleksionych pań
Ileż mnie kosztuje własna atrakcyjność - to tylko ja wiem. Kostki lodu kładzione na podpuchnięte lico, samoopalacza nakładanie tak, aby nie pozostawił smug, szorowanie jęzora szczoteczką, ukrywanie siwizny pod związkami amoniaku, hamowanie sklonności do garbacienia, babranie się w pielęgnacji pazokci, łydek, pach, łona, prężenie szyi opuchniętej chorą tarczycą, zakładanie gaci "dla paddzierżania żywota" - jak mawiała moja znajoma Litwinka - cała ta uprawa roli wyjęta żywcem z Hamsuna. Do tego świadomość własnej głupoty, niewiedzy, otumanienie remontami i zebraniami w szkole, lub też zbyt długi e przebywanie w samotni, co skutkuje zacukaniem. Kiedy po długim nie obcowaniu z człowiekami otwieram gębę, słyszę własny bełkot, kluchę, ktra mi w tej jamie gębowej rośnie i czyni ze mnie niemotę. Wydaję z siebie dźwięki typu - "yhy" lub "hehe" i poza kluchą rośnie we mnie zdumienie, kiedy okazuje się, że znajduję w czyichś oczach iskrę zainteresowania.
I oto proszę, nie ja jedna tak mam:"... trzeba pojąć, że nikt nie decyduje o własnej atrakcyjności, że to wyłącznie jest sprawą cudzego podniebienia"
A oto dalej: " ... aby uplastycznić piekielna śliskość tego wywodu: wyobraźcie sobie, ze jesteście obdarzeni jakimś defektem (wyobrażamy sobie), np. macie ośle uszy. No dobrze, lecz jeśli te uszy zachwycą królewnę i ona zakocha się w was z powodu uszu? Cóż wtedy? Jeśli odetniecie sobie uszy, które wam się nie podobają, przestaniecie podobać się komuś, kto wam się podoba- co wybrać? Czy nie jest wazniejsze, żebyście podobali się temu, kto wam się podoba, niż sobie?"
To Gombrowicz:)






Reaktywacja
Budzę Cię do życia, Lokomotywo. Dziecko moje porzucone, kiwające się w sieroctwie wańką - wstańką. Wycieram Ci zaschniętego gluta z pozbawionej już nadziei twarzyczki i podciągam gatki z muchomorkiem. Nie będę Cię chować w komunie flower- power, będę Ci matką jedyną, od dzisiaj. Wynagrodzę Ci budul wyłącznie własną, matczyną osobą.
Staniesz się od dzisiaj moim jedynym dzieciątkiem, zbierającym wszystkie zakrzywienia moje na swój rachityczny kręgosłupik. Odzyskałam prawa rodzicielskie.

Czytelników informuję, że skasowałam wszystkie wpisy nie będące mojego autorstwa. Tłumaczyć się z tego nie mam zamiaru - jedynie informuję, że blog przyjmuje od dzisiaj charakter bardziej osobisty. Stąd ta   cenzorska decyzja. Niechaj  to będzie wersja dla tych, którzy zamierzają boleć, bo przecież nie  powiem,że moje wpisy są najlepsze ;))
sobota, 19 maja 2007
Przerwa w życiorysie
 Zdarzy się nieraz jeszcze tak, jak ostatnio, że grzech zaniedbania popełnię i żywot wirtualny na korzyść realnego porzucę na czas bliżej niesprecyzowany. Nie wiem zupełnie, co się w świecie zmyślonym dzieje, nie śledzę i nie nadążam, z czym nie przeczę, źle mi nie jest wcale. W swoim statucie Jednoosobowego Stowarzyszenia Wirtualnej Prudzi  zawarłam punkt najważniejszy- nie gwałcić się netem bez umiaru i czynić wyłącznie to, co mi rozkosz sprawia, nawet jeśli to rozkosz z gatunku trywialnych. Z rozkoszy, które ostatnio mnie pochłaniają mogę wymienić parę - na powrót czytanie Shekspeare'a ( wbrew "kaWkowej" teorii, jakoby powrót do dawnych lektur nie był możliwy z powodu zmęczenia i zmętnienia materiału), bieganie wzdłuż ogródków działkowych celem wyszabrowania paru kiści bzu i nabrania kondycji przeciwnej do dupno-fotelowej, poznawanie meandrów i tajemnic drewna i jego konserwacji oraz sprawianie sobie drobnych przyjemności polegających na wznoszeniu wzroku ku górze, miast ku chodnikom.
Nic więcej na dzień dzisiejszy nie mam Państwu do powiedzenia, ponieważ im więcej mnie tym mniej tutaj. Chyba się starzeję. Albo.. do następnej bezświetlnej zimowej deprechy, kiedy to otworzą się przede mną na powrót piękne, złocone wrota wirtualnego raju .

Blog oddaję zatem we władanie Lokomotywian, chociaż być może coś mnie czasem skusi albo zmusi aby swą obecność zaznaczyć. Być może zaszczękam łańcuchem jak w starym zamczysku, cobyście nie myśleli, że mój duch obumarł. Póki co, odpływam w swoje światy. Do jesieni.
 
1 , 2 , 3 , 4